bunt

Ktoś powinien wziąć pod lupę język, którym mówi się o dzieciach i często do dzieci. Te wszystkie słówka-łatki powtarzane od lat przez  rodziców na fali eksperckich wypowiedzi, które siłą inercji budują relacje między pokoleniami i na długie lata plasują ludzi w niekoniecznie mądrze, wygodnie i dobrze skonstruowanym układzie.

Na przykład słowo bunt – król interpretacji zachowań dwulatków, nastolatków, a bywa że trzy i czterolatków też. Na dobrą sprawę bunt mógłby dziś z powodzeniem opisywać całe dzieciństwo, tak jest popularny. Buntownik – nowy synonim słowa dziecko – jak Wam się podoba? Ale uwaga! Bunt wraz z przekroczeniem magicznej granicy osiemnastego roku życia zmienia się w decyzyjność, wtedy to, każdy wybór staje się dorosły i zyskuje prawo do poszanowania, a niechęć i jej manifestacja legalizują się. Jasne, przejaskrawiam. Niemniej jest coś straszno-śmiesznego w tym, że określenia zaczerpnięte ze słownika stosunków feudalnych (i totalitarnych) tak ochoczo zestawia się z deklaracjami poszanowania podmiotowości dziecka. Zakrawa o hipokryzję, której na co dzień zdezorientowanymi i zagniewanymi ofiarami stają się dzieci – nieświadome zmiany historycznej, stylów wychowawczych i tym podobnych. Bo Polacy owszem, nie gęsi swój język mają, tyle że skarlały w stosunku do najmłodszych, szorstki i dyskryminujący je. Niewykluczone, że jego ewolucja jest jednym z największych zadań stojących obecnie przed dorosłymi, jeśli faktycznie zależy im na wiarygodności. A jest sporo dowodów na to, że jednak tak, nawet bardzo. Język troski, miłości i towarzyszenia nie może być językiem stosunków feudalnych. Tak się po prostu nie da.

Na koniec, może badania? Nalepiej terenowe. Na przykład w piaskownicy. Przedmiot: bunt dwulatka. Dane, wśród wielu innych: słowa/komunikaty, które najczęściej kierowane są do dziewczynek i chłopców w wieku poniemowlęcym. Znaki rozpoznawcze: pielucha i cienkie włoski na głowie, mowa uboga, choć głosik, bywa że mocny, gotowy na jezykowe wyzwania. I? nie wolno, nie rób, nie można, nie, nie, nie. Krótkie, mocne słówko, które jest jak szlaban, ściana, z założenia urywa coś, kończy w chwili największej pasji i nic nie daje w zamian. Zgdnie z prawem naśladownictwa, często słyszane i łatwe, zmienia się w często używane. To jego kolejna ciemna strona – nie wraca do dorosłych jak bumerang.

Czas na eksperyment: gdy naprawdę trzeba, reagować przewrotnie – zapominając o nie! – a oferując dziecku inne rozwiązania. Niekoniecznie werbalnie, czasem po prostu podsuwając coś lub…., wszystko zależy od wyczucia i kreatywności. Kto wie, może wtedy, bunt dwulatka okaże się jedynie nienajlepszą konstrukcją społeczną.